Uuuuuaaa. Szybko, co? Alez to minelo? A moglo byc zupelnie inaczej.
Tymczasem znow jestem w Chile Chico w ulubionej (bo najtanszej i w miare
szybkim netem) kafejce i cos tu Wam opowiem. :)
W dniu mojego wyjazdu do P. Tranquilo wstalerm nieco wczesniej, co by
sie rozjerzec jeszcze raz po miescie, zajsc do sklpu przed sjesta, itp.
Zaszedlem takze do miejsca, skad idjezdzajqa busy. I coz... Pani mowi mi
cos, ze busa dzis nie bedzie, bo cos tam. Oczywiscie z moim hiszpanskim
jest swietnie, ale nie na tyle, zeby porozumiewac sie nim :), zatem
polazlem do informacji turyst. Ci oczywisacie rownez po hiszpansku, ale
z nieco wieksza domieszka gestow i jezyka mimicznego wyjasnili mi, ze
autous (oczywiscie jedyny na tej trasie) sie zepsul i teraz gfo w P.
Tranquilo naprawiaja. Ameryka Poludniowa! Maniana!cNawet mnie to przez
chwile rozbawilo, ale po momencie zastanowi4ena uzmyslowilem sobie, ze
czeka mnie teraz nie lada wyzwanie. Autostop. Hmmm. Wczora spytalem
napotkanych na wyjazdowce z miasta (to moze za mocne slow - zwykla
szutrowka posrod skal..., gdzie nie osiagniesz wiecej niz 30 km´h), ile
czekaja na okazje. Odpowiedzieli, ze juz 6 godzin... Hmm.. I wlasnie
dlatego
chcialem pojechac tym autobusem. Eh..
Trudno. Ale nie po to przejechalem z P. Moreno argentynskim jeepem do
Los Antiguos, nie po to przekracxzalem granice w bagazniku chiljskiego
vana robotnikow (oczywiscie wszystko na legalu - przy punkcie kontrolnym
elegancko wyszedlem z bagaznika, pokazalem pszaport, bagaze i ..
wrocilem do niego spowrotem. :D ), zeby teraz musiec wrocic do Argentyny
bez chocby sprobowania. Ale nadzieje mialem raczej marne, przyznam.
Staje zatem i czekam...
Przyblakaly sie 2 psy. Chca sie bawic... Trudno. :) W ciagu 40 minut
przejechaly 2 auta - z czego jedne nadawal sie do przewozu osob. Drugi
byl ciezarowka z lodowka. Eh... Ale zaraz, zaraz. Nie bedzie tak zle.
Zlapalem Argentynczykow, Chilijsczykow, to teraz co moglkem zlapac???
No, slucham propozycji. Taaak! Tym razem Stef zlapal autk ona
...paragwajskich rejestracjach. Zeby bylo zabawniej parka jechala dokola
jeziora. Ale nie mieli sprecyzowanych planow. Powiedzialem im, gdzie sie
udaje i ..
juz mieli sprecyzowane. :)
Sluchajcie, spotkalem Aniolow. Panstwo w srednim wieku, moze nieco
starszym niz srednim. Poczulem sie jak kiedys jezdzilem z Rodzicami na
wakacje... Ehhh. Co chwile pani podawala mi z przedniego siedzenia
kanapeczke. Sluchajcie: z serem i szynka!!! Po raz pierwszy na tejh
ziemi mialem w ustach ser i szynke. Po chwili wyciagaja trzeci kubeczerk
i nalewaja soczku. I tak przez cala 5,5 godzinn ajazde. Ihhha!!!!
Oczywiscie mam ich adfresy i nakaz konieczngfeo odwiedzenia Assuncion.
Zatem,
KAsienka, jak juz bedziesz ta ambasadorkas w Peru, a ja Twym
rzecznikiem, to pamietaj, co by dac mi pare dni urlopu. Jest juz pare
miejsc, doktorych musze sie jeszcze udac. A do konca wyprawy jeszcze 2
miechy.. Strach sie bac...:) W kazdym razie dojechalismy szczesliwie do
celu: Catedrales de Marmol. Cu-do! Sluchajcie, warto bylo! Do skaly
wplywa sie na lodkach (oczywiscie nie dali mi zaplacic za siebie....),
dotyka realnego krasu, wokol slicznoniebieska ton jeziora. Niczym
Chrwacja. Fajnie.
Wogole widoki podczas jazdy byly nieziemskie. Zatzrymywalismy sie co i
rusz. PAni z przodu az piala z zachwytu! :) Bezkresna ton jeziora, wokol
czerwonane skalki, w tel juz realne Andy z lodowcami. Wodospady, potoki.
NAwet ponoc zwalone drzewa z powodu tutejszej erupcji wulkanu. :)
Tak jadac z tymi przecudownymi ludzmi przxypominaja mi sie slowa
pioesnki SDM:´Aniolu sa takie ciche - zwlaszcza te w Bieszczad... tfu..
zwlaszcza te w Chile...´:)
I tak mi minal dzien wczorajszy. Oczywiscie spotaklem jeszcze mnowsto
ludzi (m.in wloskich turystow na motorach, chiliskich przyjazoil, ktorzy
poczestowali mnie 2 puszkami piwa i bez przerwy pytali tylko, jak ja
wytzrymuje bez seksu 3 miesiace w podrozy...). Samo P. Tranquilo
poledcalbym wszystkim parkom, narzecznym i innym. Spokojnie, to taka
dziura, ale z takim widokiem na wieczorne jezioro, ze hej. Przeszedlem
sie na spacerek. Cudnie. Na plazy rozbite pare namiotow. Na zewnatrz
siedza
wtuleni zakochani. Jeziorna bryza. Ale cieplo. Ide wyzaej na pobliskie
wzgorzez, zeby zrobic zdjecie z persepktywy. Zatrzymuje sie samochod i
pyta, zczy mnie nie trzeba podwiesc.... Waaaaa.... Nie, no , to juz za
wiele. Nawet nie zamachalem..:) Slcznie dziekuje. Ale jest mi tak milo,
ze az sie wzruszam. I to na drodze, gdzie przejezdza 1 sampochod na 2
godziny. Moze dlatego...:)
Do Chile Chico kupuje juz bilet na autobus (jakis prywatny chyba) - wole
byc na czas. W koncu Monika czeka w Barilocche, trzeba sie spieszyc. W
czwartek jest autobus o 8 rano z P. Moreno. ZdaZCY, ZDAZE - nawet na
piechote przez te cholerna granice a potem stopem z Los Antiguos do P.
Moreno. Ale pytanie jest, czy beda bilety. Ob ybyly...:)
Wogole kupowanie tu biletu jest dosyc smieszne. Nie ma tu, rzecz jasna,
zadnych dworcow ani przystankow nawet. Po prostu trzeb azapytac
miejscowych. On ipo krotkiej konsultacj imiedzy soba ustalaja, ktora
rodzinka ma kontakty z ktorym kierowca realizujacym kuyrs do
okreslńoengo miejsca. NAstepnie udajesz sie do tej rodzinki (z reguly
prowadzacej hostel) i wpisujesz sie w smieszny zeszycik. I jest ok.
Nastepnego dnia ´pomiedzy 8 a 10´ ma byc autobus. Wesolo, co? ´Miedzy 8
a 10´. Trudno. Bede na
8.
Najsmieszniejsze jest to, ze z moim ´hiszpanskim´ udaje mi sie uzyskac
te wszystkei informacje. Sam sie z siebie smieje. ALe poki co, jest
naprawde ok.
PS. Autobus byl punktualnie o 8!!!! Szok, co? :)
Sciskam Wszystkich baaardzo mocno! Dzieki za sms-y i e-maile. Super sie
je czyta.
Spadam, bo jeszzce mi nieco zostalo do granica. Wciaz w trasie. Ehh. ::)
Viva Chile!
Pa!
Stef.
Wiem, ze dosc szybko znow sie odzywam. Przepraszam. Jesli ktos nie ma
czasu, to spokokjnie moze sobie tego maila odpuscic. :) Nic ciekawego
aczej tu nie przeczyta. :) Po prostu wpadlem do taaakiej dziury i musze
tu przeczekac pare chwil, wiec zabijam czas we wszelaki mozliwy sposob.
Ale po kolei...:)
Z Chile Chico dojechalem do Porito Moreno przy pomocy 3 stopow. Wpierw
uratowaly mnie dwie mile Chilijki - podwiozly kawalek (moze 1 km do
granicy). Przyznam, ze juz mialem lekko dosc tego marszu w sloncu, wiec
nawet ten krocioutki dystans byl dla mnie wybawieniem.:) Nastepnie
skumalem glupote pewnego inzyniera, ktory zaprojektowal most nad rzeka w
miejscu, przez ktory z bramki chilijskiej do argentynksiej jest nie 1
km, lecz, jak juz pisalem poprzednio, 10 km. Wtedy tego nie skumalem, bo
podwiezli mnie chilijskcy robotnicy w bagazniku, ale teraz nic nie
jechalo, ze zdazylem to skumac. Droga leci 5 km w jedna strone,
nastepnie zakreca na moscie o 180 stopni i zawrca. Chialem bys zatem
cwanym Polaczkiem i przejsc rzezke w brod. Olalem wiec plotki i dawaj!
Pierwsze odnogi strumykow byly jeszcze do przejscia. Gdzie nie dawalo
rady usypywalem se z kamykow mostki, co by byloi mi latwoiej przejsc
calym sprzetem. Ale w pewnym momencie rzeczka zrobila sie ciut za
szeroka i ciut za gleboka. Trzeba byloi zawracac. A, ze nie chcialo mi
sie wracam do tego samgeo punktu, lecz nieco do przodu, to.. wpadklem w
paru miejscach po lydki..He-he. Klac pod nosem na jakim sciewie swiat
stoi i co za debil projektowal ten most, dotarlem znow do szosy. Tiaaa.
Tak se mysle, ze po podobnym wyczynie nasz straz granbiczna mialaby mnie
zaraz w rejestrze osob, ktore przez granice nie przepuszczja. :) Tu nikt
nic nie zauwazyl. Chyba... W sumie 10 km swoje robi. Przynajmniej tu sie
przydal ten dystans. Kazdy ma mnie w d... I Chilijczycy, i Argentyczycy.
:) Susze se stopki na goracym aswalcie w strefie miedzygranicznej i
oczywiscie akurat wtedy musial przejezdzac samochod (tak to nic, ani
jeden!). Zatrzymuje sie wesolutki mlodzieniec z Chile. Gdamy o pilce,
przejezdzamy granice, koles wkurza sie na ceny argentynskiegoi paliwa i
podwozi mnie pod wschodnie granice pierwszego argenmtynskiegoi
miasteczka - Los Antiguos. To taki nadjeziorny (u nas bylby jak
nadmorski) kurorcik. Upal, plaza, campingi, dyskoteki, itp. W sumie
wakacyjnie. :) Lece na szose lapc kolejkna okazje, juz do Perito Moreno.
Ale, ze nic nie chcialo przyjechac, a obok fale i bryz tak kusily, ze
nie wytrzymlem i polazlem precz n piaszczysta plaze. Troszke jak nasz
Blatyk.
Smiesznie tu komponuje sie to jezioro Buenos Aires z otoczeniem. :)
Wszystko wokolo jest w piachu. Po tych 3 dniach podrozowania po Chile
mam go wszedzie. We wlosach, oczach, zebach. Tak, nie pytajcie, gdzie
jeszcze, ale tam tez mam...:) Takie poczucie ciaglego zakurzenia -
pewnie wiecie, o czym pisze, nie? :) A tu Natura se pierdyknela taaaakie
jeziorko. Pewnie dlatego poprzez kontrast tak dziala na wyobraznie.
Zdejmuje buty, podwijam nogawki i spaceruje po jeziorku. Wokolo ni
zywego duch - jestem w koncu juz poza miastem. Klimat taki troszke jak
nad naszym Baltykiem. Tyle, ze jestem sa. Mmmmm. Chwila zapomnienia. W
koncu mam wakacje, nie? :) Stop moze poczekac. :) Bylo cudnie.
Wrocilem na szose i co tu bede opowiadac. Kurcze, no znow zlapalem!:)
Tym razem Argentynczyk (w stopach 3:2 dla Chile. Jeden mega gol dla
Paragwaju...:D). Czestuje czeresniami i w serdecznej atmosferze zegnamy
sie w P. Moreno. Dworzec zamkniety. Pani kaze przyjsc po bilet dop
Bariloche jutro o 10....Ehh.. Ten moj hiszpanski. Gdybym choc ciut
wiecej umial niz hol, bien, etc..., to bym moze skumal, ze pani chodzilo
nie o godzine odjzdu autobusu do Bariloche, lecz o godzine otwarci
dworca. Nie zrywalbym sie o swicie, nie zbieral namioptu, nie pakowal i
nie zapitalal jak dziki osiol na 9-ta pod dworzec, by zdazyc jeszcze
kupic bilet. Ha! Glupim! Oczywiscie autobus jest o 16-ej, ale miejsc ni
ma. Najblizszy w piatek o 16-ej...Ozesz ty... Mam spedzic 3 dni w tym
bezczynnym miejscu??? (mam wrzenie, ze tu kazdy sie nudzi. Nawet
nieliczni mieszkancy tak bez sensu snuja sie po chodnikach. Z nudow
nawet policjant mnie przed paroma chwilami spisal..Ha-ha! :) ) No way!
Cle szczescie udaje mi sie kupic bilet innej firmy (oczywiscie kupno w
hostelu u pewnego wasatego jegomoscia - kurna, dlaczego tu o wszyustko
trzeba pytac?). Jutro - ufff - o 8 rano - ufff.. - odjazd do
Bariloche... Ufff... :)
Zatem wsjo gra!
Wiekszosc czsu nie mam tutaj zasiegu, wiec podejrzewam, ze czesc z tych
wyslanych wiadomosci po prostu przepada., Tak wynika z kontekstu tych
wiadomosci, ktore dochodza po pewnym czasie. Czasme nie wszystko kumam.
Ale piszcie dalej! Chocny pare slow... Tesknie. :)
W ogole fajne tutaj jest to ciagle pozdrawianie. Idziesz na ulicy i
kazdy kazdemu wola ´hola´. Sympatycznie. Na campingu podchodza, podaja
rece, pytaja skad jestes. NAwet na ulicy, jak pytasz o kafejke
internetowa, czlowiek podaje dlon, przedstawia sie, usmiecha, zyczy
powodzenia. Przydalo by sie to zszczepic i u nas. Oj, przydalo. To wiele
ulatwia. :)
Ciao!
Stef.
poniedziałek, 22 marca 2010
Licznik odwiedzin: 5087
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Podróż do Ameryki Południowej - Argentyna, Chile i Boliwia