Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Na wulkanie snieg

środa, 28 stycznia 2009 0:50
W sobote padalo niemilosiernie, pierwszy dzien bez slonca spedzilismy w autokarze w kierunku Osorno. Buce z tych argentynczykow, bo my jechalismy tylko do Anticury, ktora lezy 5km za granica w Chile, a bilel musielismy ,kupic wlasnie do osorno, ktore lezy 90 km dalej. Ale co zrobic. Do granicy czyl iargentynskiej budki, dojechalismy w 1,5h, po krotkim przestoju policja zaeskortoowala nas do straznikow i po 1,5h jechalismy dalej, 18 km do budki.... chilijskiej. U nich bagaze wyladowano na podest i zaczelo sie, po 40 min czekania, przeswietlanie x-rayem czy nie wwozimy w plecakach owocow i miesa. A czlowiek, ktory te bagaze wyladowal, jeszcze zazadal napiwkow. W sumie przekroczenie granicy zajelo nam urocze 3h. Co za paranoja. Usmiechy nam rzedly tez ze wzgledu na pogode, bo jak zaczelo padac rano, tak do wieczora nie przestawalo, padalo mocniej i mocniej a my w planie mielsimy 4h podejscia do refugio czyli schroniska... W Anticurze, posordku niczego, wysiedlismy tuz przy campingu, a ze padalo zadekowalismy sie w zbiorowym domku, w kotrym przywital nas sprzatajacy dziadzio. Dziadzio tylko tak niepozornie wygladal. Gerhard mial ok. 70 i po raz ktorys podrouje przez ameryke pld. oczywiscie  zplecakiem, glownie na stopa, w domu pod Stuttgartem czeka na niego wyrozumiala zona. Po angilsku niewiele gadal ale po wlosku wysmienicie, takze Stefan dogadywal sie z nim swietnie i tlumacyzl mi zarty. Wypilismy piwo (lubie chile glownie za to, ze piwo sprzedaja w butelkach 1,5 litrowych :), zjedlismy orzeszki, pogadalismy o fotograsfii i przestalo padac. Gerhard zawyrokowal, ze jutro bedzie ladna pogoda wiec czas spac. W niedziele o 9 rano z lekkimi plecakami (najzwyej 12kg, reszte zostawilismy na campie u Any w Colonia Suiza) zaczelismy podejscie na wulkan. Gerhard po godzinie nas (mnie) przegonil. Szlismy 3,5h w niesamowitym, wygladajaycm jak tropikalny, lesie. Czarna, wulkaniczna ziemia, strzeliste drzewa, bambusy, orchidee (chyba, w akzdym razie jakies kolrowe, pnace kwiatki), mech i pnacza. Rano bylo calkiem chlodno, para leciala nam z ust ale i tak spocilismy sie jak myszy. Przed 13 dotarlismy do refugio, rozbilismy namioti czem predzej ruszylismy na wulkan. Nauczylismy sie, ze ejsli jest w miare ladnie, to trzeba to wykorzystac. A chmury przerzedzaly sie... Podejscie monotonne, wczoraj spadl snieg wiec lezy ze 20cm. Cale szczescie, dzieki niemu pumeksowe, osypujace sie zbocze, jest w miare wygodne do marszu. Im wyzej, tym jednak chmur wiecej, sniegu wiecej. Gerhard i Stefan dawno znikneli m iz oczu, ide z jakimis innymi turystami (ogolnie podchodzi nas z 10, nie jest to wcale popualrne miejsce, tyle osob spotykamy przez caly dzien :), wyprzedzam ich moim zolwim tempem. Klne jak szewc, bo nic nie widac a ja sie mecze jak glupia. I nagle wiatr przewiewa chmury i jak w filmach o Himalajach ukazuje sie nade mna kawal wierzcholka. zbieram sie w sobie, bo przeciez zaraz bedzie koniec, ale to sciema. o jeszcze nie krater, musze podejsc jeszcze troche. Na snieznym nawisie minimalnej wielkosci zatrzymuje sie  i widze Stefa czekajacego na mnie na krawedzi kratetru. No to super, on juz pewnie tam zmarzl a ja mam do niego jeszcze z 15 minut. Ale ide, wychodzi slonce, chmury zostaja pode mna i moge popatrzec sobie na inne wulkany - Osorno a wkrotce tez potezny Lanin. Jest bosko. Dochodze do krateru, Stef czeka juz pol godziny ale robimy sobie razem kilka zdjec, Gerhard schodzi na dol bo troche wieje. Ale ogolnie jest cieplo, mimo ze to ponad 2200 m npm a widoki - czerwone skaly dookola, lod w kraterze, bomba. Gdy przychodza chmury, schodzimy i po 1,5h gotujemy makaron przed namiotem. O 20 pobijamy rekord wczesnego kladzenia sie spac :)

W poniedzxialek wstajemy w miare wczesnie czyli o 8 i ruszamy na trawers Puyehue. Na koncu maja czekac na nas gorace zrodla. Nie mam jakis szczegolnych oczekiwan dotyczacych tego dnia, znow bedziemy isc przez pumeksowe, czarno-brazowe zbocza i pewnie tyle. Ale niespodzianki zaczynaja sie niemal od razu, Stef zauwaza gigantyczna brame (dziure, z ktorej wyplywa strumien) lodowca tuz nad sciezka, wchodzi do srodka. Mi sie nie chce, wejde jak bedziemy wracac, akurat slonce powinno ja wtedy oswietlic. Podchodzimy lagodnym trawersem i po lewej stronie ukazuje sie cos na ksztalt lodowca, tylko ze zupelnie czarne. To zastygla lawa, daleko od nas, ale gdzieniegdzie nadal dymi. Pierwszy raz widzialam cos takiego. Podnieceni i dziemy dalej, schodzimy ze zbocza kratery i przecinamy wygladajaca jak pustyne wydmy, pumeksowe wzgorza. Dzicz jak w ostatnim bondzie (gdzie chile gralo boliwie, zobaczcie). I jedzie siarka, Stef mowi jak w shreku... kto widzial, ten wie o co biega :) Wreszcie po jakims czasie uakzuja sie kolorowe, a nie tylko blado brazowo-szare, skaly i pagorki, stapamy po krwisto czerwonej i rudej skale, obok sa tez zolte i jasno zielone. jakby pijany przedszkolak potraktowal je kredkami. Przecinamy mikro dolinki, w ktorych plyna takiez strumienie i dochodzimy do pierwsze, wrzacego zrodla. woda jest tak goraca, ze nie mozna na dlzuej zanurzyc reki ale kolory - blekitne, zielone, biale - w strumienu robia wrazenie. to bede najlepsze zdjecia! idziemy dalej, znow spotykamy Gerharda ktory tlumaczy, gdzie jest idelane miejsce na kapiel, czyli lezenie do gory brzuchem na styku dwoch strumieni, zimnego i gorace. wskakujemy w ksotiumy i przez godzine lezymy grzejac sie w siarkwoej wodzie, z nosami ku sloncu. bajka. serio.

I jeszcze smutna historia, choc bez przesady. Przyz drtodlach jest camp, na ktorym rozbilo sie 4 izraelczykow. Poprzedniego dnia weszli na wulkan jak my, ale troje z nich nie mialo okularow. Dostali slepoty snieznej i z zawiaznymi oczami siedza jak skazancy. Obiecuje im, ze wysle ich rodzinom maila, ze nic im nie jest, slepota przechodzi ale potrzebuja dwoch dni odpoczynku. Na szczecie rozni ludzie zostawili im mnostwo jedzenia a oni czuja sie ok, tylko bola ich oczy. Zal mi ich, ale zosatwiamy ich Z gerhardem, ktory tam nocuje, a my w 4h wracamy do campu. po drodze wchodizmy jeszcze do bramy lodowca - kapie nam na glowy, sufit jest jakby pikowana, biala koldra ale rzadko ma sie okazje wejsc w sam srodek lodowej potegi. Podobalo m isie, bardzo!

Teraz jestemy znow w Bariloche, zdjecia i reszte opowiesci dorzuce w weekend, gdy dojedziemy na zasluzony odpoczynek w Mendozie. Slonce swieci nadal i nie chce przestac :)

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dokonczenie o Chile... by Stef. :)

piątek, 23 stycznia 2009 17:22
 

Uuuuuaaa. Szybko, co? Alez to minelo? A moglo byc zupelnie inaczej.
Tymczasem znow jestem w Chile Chico w ulubionej (bo najtanszej i w miare
szybkim netem) kafejce i cos tu Wam opowiem. :)

W dniu mojego wyjazdu do P. Tranquilo wstalerm nieco wczesniej, co by
sie rozjerzec jeszcze raz po miescie, zajsc do sklpu przed sjesta, itp.
Zaszedlem takze do miejsca, skad idjezdzajqa busy. I coz... Pani mowi mi
cos, ze busa dzis nie bedzie, bo cos tam. Oczywiscie z moim hiszpanskim
jest swietnie, ale nie na tyle, zeby porozumiewac sie nim :), zatem
polazlem do informacji turyst. Ci oczywisacie rownez po hiszpansku, ale
z nieco wieksza domieszka gestow i jezyka mimicznego wyjasnili mi, ze
autous (oczywiscie jedyny na tej trasie) sie zepsul i teraz gfo w P.
Tranquilo naprawiaja. Ameryka Poludniowa! Maniana!cNawet mnie to przez
chwile rozbawilo, ale po momencie zastanowi4ena uzmyslowilem sobie, ze
czeka mnie teraz nie lada wyzwanie. Autostop. Hmmm. Wczora spytalem
napotkanych na wyjazdowce z miasta (to moze za mocne slow - zwykla
szutrowka posrod skal..., gdzie nie osiagniesz wiecej niz 30 km´h), ile
czekaja na okazje. Odpowiedzieli, ze juz 6 godzin... Hmm.. I wlasnie
dlatego
chcialem pojechac tym autobusem. Eh..

Trudno. Ale nie po to przejechalem z P. Moreno argentynskim jeepem do
Los Antiguos, nie po to przekracxzalem granice w bagazniku chiljskiego
vana robotnikow (oczywiscie wszystko na legalu - przy punkcie kontrolnym
elegancko wyszedlem z bagaznika, pokazalem pszaport, bagaze i ..
wrocilem do niego spowrotem. :D ), zeby teraz musiec wrocic do Argentyny
bez chocby sprobowania. Ale nadzieje mialem raczej marne, przyznam.
Staje zatem i czekam...

Przyblakaly sie 2 psy. Chca sie bawic... Trudno. :) W ciagu 40 minut
przejechaly 2 auta - z czego jedne nadawal sie do przewozu osob. Drugi
byl ciezarowka z lodowka. Eh... Ale zaraz, zaraz. Nie bedzie tak zle.
Zlapalem Argentynczykow, Chilijsczykow, to teraz co moglkem zlapac???
No, slucham propozycji. Taaak! Tym razem Stef zlapal autk ona
...paragwajskich rejestracjach. Zeby bylo zabawniej parka jechala dokola
jeziora. Ale nie mieli sprecyzowanych planow. Powiedzialem im, gdzie sie
udaje i ..
juz mieli sprecyzowane. :)

Sluchajcie, spotkalem Aniolow. Panstwo w srednim wieku, moze nieco
starszym niz srednim. Poczulem sie jak kiedys jezdzilem z Rodzicami na
wakacje... Ehhh. Co chwile pani podawala mi z przedniego siedzenia
kanapeczke. Sluchajcie: z serem i szynka!!! Po raz pierwszy na tejh
ziemi mialem w ustach ser i szynke. Po chwili wyciagaja trzeci kubeczerk
i nalewaja soczku. I tak przez cala 5,5 godzinn ajazde. Ihhha!!!!
Oczywiscie mam ich adfresy i nakaz konieczngfeo odwiedzenia Assuncion.
Zatem,
KAsienka, jak juz bedziesz ta ambasadorkas w Peru, a ja Twym
rzecznikiem, to pamietaj, co by dac mi pare dni urlopu. Jest juz pare
miejsc, doktorych musze sie jeszcze udac. A do konca wyprawy jeszcze 2
miechy.. Strach sie bac...:) W kazdym razie dojechalismy szczesliwie do
celu: Catedrales de Marmol. Cu-do! Sluchajcie, warto bylo! Do skaly
wplywa sie na lodkach (oczywiscie nie dali mi zaplacic za siebie....),
dotyka realnego krasu, wokol slicznoniebieska ton jeziora. Niczym
Chrwacja. Fajnie.
Wogole widoki podczas jazdy byly nieziemskie. Zatzrymywalismy sie co i
rusz. PAni z przodu az piala z zachwytu! :) Bezkresna ton jeziora, wokol
czerwonane skalki, w tel juz realne Andy z lodowcami. Wodospady, potoki.
NAwet ponoc zwalone drzewa z powodu tutejszej erupcji wulkanu. :)

Tak jadac z tymi przecudownymi ludzmi przxypominaja mi sie slowa
pioesnki SDM:´Aniolu sa takie ciche - zwlaszcza te w Bieszczad... tfu..
zwlaszcza te w Chile...´:)

I tak mi minal dzien wczorajszy. Oczywiscie spotaklem jeszcze mnowsto
ludzi (m.in wloskich turystow na motorach, chiliskich przyjazoil, ktorzy
poczestowali mnie 2 puszkami piwa i bez przerwy pytali tylko, jak ja
wytzrymuje bez seksu 3 miesiace w podrozy...). Samo P. Tranquilo
poledcalbym wszystkim parkom, narzecznym i innym. Spokojnie, to taka
dziura, ale z takim widokiem na wieczorne jezioro, ze hej. Przeszedlem
sie na spacerek. Cudnie. Na plazy rozbite pare namiotow. Na zewnatrz
siedza
wtuleni zakochani. Jeziorna bryza. Ale cieplo. Ide wyzaej na pobliskie
wzgorzez, zeby zrobic zdjecie z persepktywy. Zatrzymuje sie samochod i
pyta, zczy mnie nie trzeba podwiesc.... Waaaaa.... Nie, no , to juz za
wiele. Nawet nie zamachalem..:) Slcznie dziekuje. Ale jest mi tak milo,
ze az sie wzruszam. I to na drodze, gdzie przejezdza 1 sampochod na 2
godziny. Moze dlatego...:)

Do Chile Chico kupuje juz bilet na autobus (jakis prywatny chyba) - wole
byc na czas. W koncu Monika czeka w Barilocche, trzeba sie spieszyc. W
czwartek jest autobus o 8 rano z P. Moreno. ZdaZCY, ZDAZE - nawet na
piechote przez te cholerna granice a potem stopem z Los Antiguos do P.
Moreno. Ale pytanie jest, czy beda bilety. Ob ybyly...:)

Wogole kupowanie tu biletu jest dosyc smieszne. Nie ma tu, rzecz jasna,
zadnych dworcow ani przystankow nawet. Po prostu trzeb azapytac
miejscowych. On ipo krotkiej konsultacj imiedzy soba ustalaja, ktora
rodzinka ma kontakty z ktorym kierowca realizujacym kuyrs do
okreslńoengo miejsca. NAstepnie udajesz sie do tej rodzinki (z reguly
prowadzacej hostel) i wpisujesz sie w smieszny zeszycik. I jest ok.
Nastepnego dnia ´pomiedzy 8 a 10´ ma byc autobus. Wesolo, co? ´Miedzy 8
a 10´. Trudno. Bede na
8.

Najsmieszniejsze jest to, ze z moim ´hiszpanskim´ udaje mi sie uzyskac
te wszystkei informacje. Sam sie z siebie smieje. ALe poki co, jest
naprawde ok.

PS. Autobus byl punktualnie o 8!!!! Szok, co? :)
Sciskam Wszystkich baaardzo mocno! Dzieki za sms-y i e-maile. Super sie
je czyta.
Spadam, bo jeszzce mi nieco zostalo do granica. Wciaz w trasie. Ehh. ::)

Viva Chile!
Pa!
Stef.

 

Wiem, ze dosc szybko znow sie odzywam. Przepraszam. Jesli ktos nie ma
czasu, to spokokjnie moze sobie tego maila odpuscic. :) Nic ciekawego
aczej tu nie przeczyta. :) Po prostu wpadlem do taaakiej dziury i musze
tu przeczekac pare chwil, wiec zabijam czas we wszelaki mozliwy sposob.
Ale po kolei...:)

Z Chile Chico dojechalem do Porito Moreno przy pomocy 3 stopow. Wpierw
uratowaly mnie dwie mile Chilijki - podwiozly kawalek (moze 1 km do
granicy). Przyznam, ze juz mialem lekko dosc tego marszu w sloncu, wiec
nawet ten krocioutki dystans byl dla mnie wybawieniem.:) Nastepnie
skumalem glupote pewnego inzyniera, ktory zaprojektowal most nad rzeka w
miejscu, przez ktory z bramki chilijskiej do argentynksiej jest nie 1
km, lecz, jak juz pisalem poprzednio, 10 km. Wtedy tego nie skumalem, bo
podwiezli mnie chilijskcy robotnicy w bagazniku, ale teraz nic nie
jechalo, ze zdazylem to skumac. Droga leci 5 km w jedna strone,
nastepnie zakreca na moscie o 180 stopni i zawrca. Chialem bys zatem
cwanym Polaczkiem i przejsc rzezke w brod. Olalem wiec plotki i dawaj!
Pierwsze odnogi strumykow byly jeszcze do przejscia. Gdzie nie dawalo
rady usypywalem se z kamykow mostki, co by byloi mi latwoiej przejsc
calym sprzetem. Ale w pewnym momencie rzeczka zrobila sie ciut za
szeroka i ciut za gleboka. Trzeba byloi zawracac. A, ze nie chcialo mi
sie wracam do tego samgeo punktu, lecz nieco do przodu, to.. wpadklem w
paru miejscach po lydki..He-he. Klac pod nosem na jakim sciewie swiat
stoi i co za debil projektowal ten most, dotarlem znow do szosy. Tiaaa.
Tak se mysle, ze po podobnym wyczynie nasz straz granbiczna mialaby mnie
zaraz w rejestrze osob, ktore przez granice nie przepuszczja. :) Tu nikt
nic nie zauwazyl. Chyba... W sumie 10 km swoje robi. Przynajmniej tu sie
przydal ten dystans. Kazdy ma mnie w d... I Chilijczycy, i Argentyczycy.
:) Susze se stopki na goracym aswalcie w strefie miedzygranicznej i
oczywiscie akurat wtedy musial przejezdzac samochod (tak to nic, ani
jeden!). Zatrzymuje sie wesolutki mlodzieniec z Chile. Gdamy o pilce,
przejezdzamy granice, koles wkurza sie na ceny argentynskiegoi paliwa i
podwozi mnie pod wschodnie granice pierwszego argenmtynskiegoi
miasteczka - Los Antiguos. To taki nadjeziorny (u nas bylby jak
nadmorski) kurorcik. Upal, plaza, campingi, dyskoteki, itp. W sumie
wakacyjnie. :) Lece na szose lapc kolejkna okazje, juz do Perito Moreno.
Ale, ze nic nie chcialo przyjechac, a obok fale i bryz tak kusily, ze
nie wytrzymlem i polazlem precz n piaszczysta plaze. Troszke jak nasz
Blatyk.

Smiesznie tu komponuje sie to jezioro Buenos Aires z otoczeniem. :)
Wszystko wokolo jest w piachu. Po tych 3 dniach podrozowania po Chile
mam go wszedzie. We wlosach, oczach, zebach. Tak, nie pytajcie, gdzie
jeszcze, ale tam tez mam...:) Takie poczucie ciaglego zakurzenia -
pewnie wiecie, o czym pisze, nie? :) A tu Natura se pierdyknela taaaakie
jeziorko. Pewnie dlatego poprzez kontrast tak dziala na wyobraznie.
Zdejmuje buty, podwijam nogawki i spaceruje po jeziorku. Wokolo ni
zywego duch - jestem w koncu juz poza miastem. Klimat taki troszke jak
nad naszym Baltykiem. Tyle, ze jestem sa. Mmmmm. Chwila zapomnienia. W
koncu mam wakacje, nie? :) Stop moze poczekac. :) Bylo cudnie.

Wrocilem na szose i co tu bede opowiadac. Kurcze, no znow zlapalem!:)
Tym razem Argentynczyk (w stopach 3:2 dla Chile. Jeden mega gol dla
Paragwaju...:D). Czestuje czeresniami i w serdecznej atmosferze zegnamy
sie w P. Moreno. Dworzec zamkniety. Pani kaze przyjsc po bilet dop
Bariloche jutro o 10....Ehh.. Ten moj hiszpanski. Gdybym choc ciut
wiecej umial niz hol, bien, etc..., to bym moze skumal, ze pani chodzilo
nie o godzine odjzdu autobusu do Bariloche, lecz o godzine otwarci
dworca. Nie zrywalbym sie o swicie, nie zbieral namioptu, nie pakowal i
nie zapitalal jak dziki osiol na 9-ta pod dworzec, by zdazyc jeszcze
kupic bilet. Ha! Glupim! Oczywiscie autobus jest o 16-ej, ale miejsc ni
ma. Najblizszy w piatek o 16-ej...Ozesz ty... Mam spedzic 3 dni w tym
bezczynnym miejscu??? (mam wrzenie, ze tu kazdy sie nudzi. Nawet
nieliczni mieszkancy tak bez sensu snuja sie po chodnikach. Z nudow
nawet policjant mnie przed paroma chwilami spisal..Ha-ha! :) ) No way!
Cle szczescie udaje mi sie kupic bilet innej firmy (oczywiscie kupno w
hostelu u pewnego wasatego jegomoscia - kurna, dlaczego tu o wszyustko
trzeba pytac?). Jutro - ufff - o 8 rano - ufff.. - odjazd do
Bariloche... Ufff... :)

Zatem wsjo gra!

Wiekszosc czsu nie mam tutaj zasiegu, wiec podejrzewam, ze czesc z tych
wyslanych wiadomosci po prostu przepada., Tak wynika z kontekstu tych
wiadomosci, ktore dochodza po pewnym czasie. Czasme nie wszystko kumam.
Ale piszcie dalej! Chocny pare slow... Tesknie. :)

W ogole fajne tutaj jest to ciagle pozdrawianie. Idziesz na ulicy i
kazdy kazdemu wola ´hola´. Sympatycznie. Na campingu podchodza, podaja
rece, pytaja skad jestes. NAwet na ulicy, jak pytasz o kafejke
internetowa, czlowiek podaje dlon, przedstawia sie, usmiecha, zyczy
powodzenia. Przydalo by sie to zszczepic i u nas. Oj, przydalo. To wiele
ulatwia. :)

Ciao!
Stef.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nizej niz kondory

piątek, 23 stycznia 2009 17:08
Jutro opuszczamy Bariloche i kierujemy sie do Anticury tuz za granica w Chile, skad w 3 dni zrobimy krtoki trek na wulkan Puyhue (czy jak to sie pisze) i wykapiemy sie w cieplych (maja 28 st c) zrodlach na jego zboczu. To to miejsce, ktore polecili nam Ania i Marcin, a wedlug ich slow nie bedzie tam turystow ale beda widoki pierwsza klasa. Od wczoraj jestesmy znow razem, Stef dojechal pozno wieczorem i trafil na mala fieste czyli gotowanie i picie w wykonaniu wlascicieli campu. Zrobili nam pyszne hamburgery z argentynskiej wolowiny, zapilismy je miejscowym Quilmesem i bylo tak jak byc powinno :)
Dwa dni temu, jeszcze sama, weszlam na Cerro Lopez, 2066 m npm. Poczatek treku byl okropny, dwie godziny podejscia w pylacym, wlazacym we wszystkie zakamarki, piachu, w upalnym sloncu. Troche juz zrezygnowana, ze tak bedzie przez 4 godziny, minelam pierwszy plat sniegu i moim oczom ukazalo sie oblesne raczej, rozowe schronsiko. lubie takie niespodzianki, gdy czas wedlug mapy (4h) jest duzo za dlugi dla mojego wolnego tempa. a to sie rzadko zdarza :) w schronisku ciasteczko, przerwa i zaczelam podchodzic dalej, niemal od razu schowalam kije do plecaka bo sciezke zastapily skaly, po ktorych wchodzilam przez kolejne 2h. Bylo super, bez lancuchow, bez przepasci ale taka mala wspinaczka ;) mysle ze trudnoscia przypominajace podejscie na zawrat z murowanca. Prawie nie bylo ludzi, wiec na szczycie stanelam calkiem sama i przez godzine grzalam sie i ogladalam idealnie stozkowe chilijskie wulkany. A nade mna nagle ukazal sie kondor. Potem drugi, tzreci i czwarty, polataly, zdazylam zrobic kilka zdjec, i odlecialy w kierunku wyzszych gor. Pierwszy raz widzialam kondory, duze sa i piekne ale wcale ich nie slychac. W kazdym razie ten dzien byl super, gory duze, skaly ciekawe i pogoda idelna. Tyle tylko, ze jak schodzilam, od schroniska musialam wybrac dwa razy dluzsza, ale mniej stroma droga. Moje sciegno w kolanie (ktore zepsulo sie ostatniego dnia w torres del paine) znow odmowilo posluszenstwa i nie chcialam go meczyc. To ciekawe, bo boli tylko jak schodze w dol, a i to dopiero po 2-3 godzinach marszu. Marcin (ten Polak, ktorego spotkalismy, jest ortopeda) powiedzial ze to zapalenie. Ale na pewno od tego nie umre ;)
Wczoraj z Colonia Suize, wioski zbudowanej na wzor szwajcarskiej miesciny, w ktorej sprzedaje sie tony czekoladek i ciagnace fondue, zorbilam 15km spacer wokol Parku Llao Llao i granatowych jezior, ktorych jest tam co najmniej kilka. Woda raczej chlodna ale widoki przepiekne, bo porosniete bambusami i argentynskimi sosnami gory koncza sie w samej wodzie bialymi kamieniami. Bardzo w szwajcarskim stylu :) Dzis idziemy w to samo miejsce ze Stefanem - bedizemy lezec na plazy i nie robic nic :)
Mala dygresja dot. Bariloche i okolicy - to jest mala Europa, male Alpy. Hotele nazywaja sie Chamonix czy Mont Blanc, domy imituja alpejskie chaty, w sklepach kroluja przepyszne czekoladki i francuskie wypieki. Wogole tak mi sie wydaje, ze miesjcowi maja hyzia (pisze sie przez ch czy h..?) na punkcie Europy, nawet gondole kupili sobie w Austrii. Mnie to malo kreci, bo wolalabym zobaczyc cos bardziej typowego dla am.pld, ale oni sa niezmiernie z tego miejsca dumni. Niech im bedzie, jest pieknie.

komentarze (1) | dodaj komentarz

Gondola do gory

wtorek, 20 stycznia 2009 21:24
Upal zaczyna dawac sie we znaki, tak cieplo nie bylo od Buenos, na niebie nie ma ani jednej chmury i jest ze 30 stopni. No teraz juz moze troche mniej. Mialam plan wejsc na niewielka Cerro Otto, 1400 m npm, ale wlasciciel hostelu, w ktorym mieszkalam zabronil mi tam wlazic, bo na trasie zamaskowani rabusie napadaja na turystow. Normalnie bym olala takie info, ale 3 dni wczesniej, z innego zrodla dowiedzialam sie, ze dwom dziewczynom na tym wlasnie szlaku = jedynym takim w okolicy, wszedzie indziej jezdzi policja na rowerach = zabrano plecaki. Takze nie ryzykowalam i szarpnelam sie na wjazd gondola, pewnie jedyna w tym wielkim kraju. Na szcytowej, dosc nudnej grani przeszlam 2h spacerek, obok mnie babcie w laczkach i ryczace dzieci... uroczo. Na szczescie dosc szybko sie wyludnilo, rozlozylam sie na skale i w przyjemnej samotnosci gapilam sie na jeziora. Ogolnie nudam ale las byl super, lisciasty, na galeziach rosly poludniowoamwerykanskie jemioly =nie weim co to bylo, z wygladu niepodobne do niczego, ale na pewno pasozyty=, troche kwiatkow, rozowych ostow i pyszne czeresnie. Jutro za to bedzie juz fajnie i wysoko, bo ide na cerro Lopez, potem Ljalo Ljalo a Cerro Cathedral, najciekawsza gore w okolicy zostawiam na trek ze Stefanem. A pro pos, Stef bedzie  u mnie jutro a najpozniej w czwartek, dal znac ze jest juz wchile chico i zbliza sie do granicy. Stesknilam sie za nim.
Zaraz wyjezdzam z Bariloche i jade na camp w Colonia Suize, miejsce piekne, tuz przy plazy. Jak wszystko ulozy sie po naszej mysli = czytaj jak dostaniemy bilety = w sobote bedziemy w Chile na wulkanach. Fajowo.
Trzymajcie sie cieplo w zimowej europie,.

komentarze (1) | dodaj komentarz

Jarzebiny w Bariloche

poniedziałek, 19 stycznia 2009 19:34
Musialam cos sprawdzic, wiec podjelismy ze Stefem meska decyzje, ze sie na 4 dni rozdzielimy. On z powodzeniem oglada Chile, ja zadekowalam sie w Bariloche. To taka mala francja albo szwajcaria = nad jeziorem, ktore tak granatowe potrafi byc tylko w gorach, rozciagaja sie quasi alpejskie szczyty. Jest niesamowicie zielono, wreszcie widze argentynskie sosny ktore do zludzenia przypominaja nasze tatrzanskie. Domki sa az do bolu stylizowane na alpejskie,zbudowane z grubych, zolto brazowych bali i kamiennych podmorowek. Bardzo bogate. Zycie w miasteczku kwitnie, bazary rekodziela pekaja w szwach, kamiensite plaze nie bardzo zatlocozne ¿zaraz sie na jedna wybiore?. hostele sa europejsko drogie ale bardzo przytulne, mozna do nocy gotowac we wspolnej kuchni, ogladac filmy, pogadac, posmaic ie. Mylalam, ze mi sie tu wcale nie spodoba, a jest super. Dzis rano pojechalam na maly rekonesans 20 km od maista, znalazlam cudny camp i juz mnie tam lubia, bo jestem polka a niedawno mieli wspanialych gosci z polski i lubia nasz narod. Jutro sie tam przenosze, obok sa ladne trasy w gorach i do czwartku poczekam na Stefana. No i tam widzialam czerwoniutkie jarzebiny, myslalam ze one sa tak soczyste tylko u nas ;?
Stefan ladnie opisal, po co tu przyjechalam ale troche przesadzil, jak zwykle:P moje szczescie juz sobie pojechalo :P i nie zawracam sobie nim glowy. moze jeszcze do nas dolaczy na wulkanach  w chile lub w mendozie, ale to juz nie jest tak istotne. Ale sama nie jestem, ciagle spotykam jakichs znajomych z poprzednich parkow ¿dzieki za facebooka?, zaraz wybieram sie na wloczego po miescie z sympatycznym Boazem, ktorego poznalismy w el calafate. To chyba ulubiony izraelczyk Stefana :P
Na razie tyle, slonce swieci wiec szkoda dnia. Aha, i jeszcze, moj wyjazd to impreza skladkowa, takze ogromne PODZIEKOWANIA dla
Tomka = za oslone aparatu. zmienila juz kolor na piaskowy, a bez niej zrobilby to aparat
Dymka = za przewodnik, na wulkanach bedzie nasza alfa i omega
Rubika = za dysk, bez niego nie wyobrazam sobie gdzie pomiescilabym zdjecia
pana Speleo = za kurtalke, ktora stworzono chyba specjalnie na patagonskie wiatry i deszcze. juz nic innego na siebie nie wloze
firmy Hannah = za dach nad glowa czyli namiot, lekki, niezawodny i niezatapialny, zdal egzamin na 6
Macka = za pomoc w sprawach, ktore musialam przerwac na studiach
Romkowi = za menazke, niby mala rzecz ale przydaje sie codziennie
Rodzicom = za podobna pomoc przy niezalatwionych sprawach i martwienie sie, jak zwykle przesadne

caluje, monia

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 22 marca 2010

Licznik odwiedzin: 5087

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Podróż do Ameryki Południowej - Argentyna, Chile i Boliwia

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 30.01.2009 23:37:27
  • autor: Ania Rubikowa
  • treść: No nareszcie udalo m...